Niezdecydowanie jest jak przybrane dziecko. Jeśli nie umyje rąk, mówią, że jest brudasem, jeśli umyje, marnuje wodę.
przysłowie madagarskie
Niezdecydowanie wynika z lęku przed zrobieniem czegoś źle - z pełnymi tego konsekwencjami. Ojej! Muszę dokonać trafnego wyboru, ale co to oznacza?
Jestem tak przyzwyczajona do kontrolowania, że zapominam, iż oddałam kontrolę nad moim życiem Bogu, i że moją zasadą jest próbować poznać, jaka jest wola Boża wobec mnie, a potem wykonać ją. Aby nie pozwolić niezdecydowaniu wprawić mnie w panikę, powtarzam: Niech się dzieje wola Twoja, nie moja. Zawsze wtedy ten ciężar zostaje ze mnie zdjęty. Czuję się lżejsza. Zdaję sobie sprawę z tego, że wolą Bożą dla mnie nie jest dokonanie trafnego wyboru, ale to, bym czuła się wolna, by popełniać błędy i abym była zdrowa.
Na dzisiaj: Poczynając od tej właśnie chwili, oddaję moje życie i moją wolę Sile Wyższej.
Mam na imię Małgorzata, jestem żarłokiem. Do AŻ trafiłam w styczniu 1995 roku. Byłam w rozpaczy z powodu mojego wyglądu, a raczej z powodu mojej wagi. Nigdy jeszcze nie przytyłam tak bardzo. Do tej pory zawsze w pewnym momencie potrafiłam wziąć się w garść, zastosować dietę czy głodówkę i schudnąć. Tym razem codziennie odkładałam początek diety na następny dzień. Wyglądałam i czułam się coraz gorzej.
Pewnego dnia mój niedawno poślubiony mąż powiedział: "Podobasz mi się, ale nie tyj już więcej." Wpadłam w panikę. Przeraziłam się, że on przestanie mnie kochać. Gdyby wiedział, jak strasznie chciałam nie tyć! Jednak jedzenie wymknęło się spod mojej kontroli. Jadłam, chociaż nie chciałam jeść. Zrozumiałam, że muszę poszukać pomocy.
Miałam szczęście. Z audycji radiowej dowiedziałam się o mityngach AŻ. Minęło kilka tygodni, zanim się tam wybrałam. Bałam się, wstydziłam. Idąc tam, miałam nadzieję, że to nie dla mnie. Ja żarłokiem? Po prostu lubię jeść, ale nigdy nie byłam otyła, po prostu trochę przy kości. Na pierwszym mityngu dostałam test - "Czy masz problem z jedzeniem?". Odpowiedziałam twierdząco na wszystkie pytania oprócz jednego. Okazało się, że jestem żarłokiem. Dowiedziałam się, że uzależnienie od jedzenia jest chorobą. Chorobą, która postępuje. Kiedy przyjrzałam się swojemu życiu, zobaczyłam, że jedzenie od dawna było moją obsesją. Uwielbiałam jeść. Jedzenie przynosiło mi ulgę, wprawiało w dobry nastrój. U mnie w domu dużo się jadło. Dla mamy najważniejsze było to, żebyśmy wszyscy byli najedzeni. Dość wcześnie zorientowałam się, że kiedy jem, mam chwilę spokoju. Mama nie każe mi niczego robić i jest ze mnie zadowolona.
Po raz pierwszy zaczęłam się odchudzać w wieku 13-tu lat. W zagranicznym katalogu zobaczyłam zdjęcie bardzo zgrabnej modelki. Zapragnęłam wyglądać tak lak ona. Przez następnych kilkanaście lat w kółko odchudzałam się i tyłam. Na wiosnę stosowałam dietę, trzymałam się jakoś przez lato, a jesienią i zimą objadałam się i przybierałam na wadze. Moje samopoczucie zależało od tego, czy wyglądam grubo czy szczupło. Próbowałam przeróżnych diet, piłam zioła, gimnastykowałam się, biegałam rano. Każda zmiana w życiu, każdy wyjazd były dla mnie nadzieją na schudnięcie.
Jadłam, żeby mi dano spokój, żeby się pocieszyć, poczuć lepiej, żeby zapełnić pustkę.
Miałam bardzo dużo problemów: moi bracia pili nałogowo, staczali się na dno. Rodzice nie radzili sobie z tą sytuacją. Były okresy, kiedy nienawidziłam swojego domu, uśmiercałam w fantazjach całą rodzinę. Cały czas jednak uważałam, że gdybym tylko była szczupła, wszystko byłoby dobrze i czułabym się szczęśliwa.
Potrafiłam zjeść niesamowite ilości, wydawało mi się, że nie mam w sobie dna. Nie rozumiałam, dlaczego inni ludzie potrafią zjeść trochę i przestać, a ja zawsze mam ochotę na więcej. Zdarzało się, że jadłam u kogoś i nie potrafiłam się powstrzymać przed dokładaniem sobie, chociaż wiedziałam, że powinnam zostawić też coś dla innych. Bardzo się wtedy wstydziłam, ale przymus jedzenia był silniejszy.
Jako studentka sprzątałam za granicą. Wyjadałam ludziom z lodówki i wciąż obiecywałam sobie, że to już ostatni raz. Bałam się, że się zorientują i stracę z trudem znalezioną pracę. Czułam się obrzydliwie, ale jadłam.
Sytuacja w mojej rodzinie stała się dla mnie nie do zniesienia. Znalazłam terapię dla rodzin alkoholików, zaczęłam chodzić na mityngi Al-Anon. Emocjonalnie bardzo mi to pomogło, ale nie w sprawie jedzenia. Wręcz przeciwnie, poczułam się tak pewnie, że pokusiłam się o zastosowanie bardzo surowej diety. Na swoim ślubie musiałam przecież szczupło wyglądać. Czułam się świetnie. Skończyłam studia, wyszłam za mąż, wreszcie wyprowadziłam się z domu, podjęłam ciekawą pracę. Odtąd będę już szczęśliwa.
Wkrótce okazało się, że mój cykl miesięczny zwariował. Musiałam zacząć się leczyć. Niestety, nie dało się szybko naprawić szkód, które wyrządziła w moim organizmie moja ostatnia dieta. Mam za sobą dwa poronienia. Zrozumiałam, że objadanie się i odchudzanie to nie tylko kwestia mojego wyglądu.
Mąż często wyjeżdżał. Samej w domu było mi smutno i źle, kupowałam więc sobie dużo jedzenia, zwłaszcza słodyczy. Tyłam. Pocieszałam się, że już niedługo zacznę się odchudzać. Tak doszło do sytuacji, o której opowiedziałam na początku.
Na moim pierwszym mityngu dużo się mówiło o abstynencji. W domu przeczytałam materiały, które dostałam w AŻ. Zdesperowana od razu wprowadziłam w życie zasady abstynencji. Pierwszy dzień był straszny. Wydawało mi się, że umrę, że się rozpadnę. Jednocześnie po raz pierwszy miałam nadzieję, że można przerwać piekielny cykl obżerania się i odchudzania. Ludzie na mityngu rozumieli mnie, o sobie mówili rzeczy, które ja też przeżywałam. Nareszcie spotkałam kogoś, przed kim nie musiałam ukrywać mojej obsesji jedzenia. Od tamtego dnia zachowuję abstynencję. Moje życie zmieniło się.
Przede wszystkim mam spokój. Zniknęła codzienna szarpanina: Zjeść czy nie zjeść? Ile? Co? Jaką dietę zastosować? Co ludzie pomyślą, jeśli nałożę sobie jeszcze jedną porcję?
Wprowadziłam to, co nazywamy w AŻ ładem żywieniowym; jem trzy posiłki dziennie w określonych odstępach czasowych. W AŻ każdy sam musi dojść do tego, co dla niego jest abstynencją, ale doświadczenie innych żarłoków bardzo pomogło mi w określeniu zasad mojej abstynencji. Wiele rzeczy, które osiągnęłam z wielkim trudem, np. nie czytam, nie słucham radia i nie oglądam telewizji podczas posiłku, są dla mnie teraz oczywistą codziennością.
Od czasu do czasu, w trudniejszych okresach pojawiają się dawne obsesje jedzenia i bycia szczupłą, ale teraz znam wiele sposobów na to, by je przegnać. Muszę też dodać, że po trzech latach w AŻ urodziła się moja córeczka. Wielka radość i dar, ale też trudniej było mi zachować abstynencję: na pewien okres przestałam chodzić na mityngi, spędzałam dużo czasu w domu, no i nie byłam już panią mego czasu. Mimo wszystko udało się. Nie objadam się, nie odchudzam, nie mam obsesyjnych myśli na temat swojego wyglądu. Nie uciekam już od problemów, które są przecież częścią każdego życia. Lepiej lub gorzej radzę sobie z nimi. Życie przynosi też wiele radości. Chce mi się żyć. Trudno jest opisać, jak wiele zawdzięczam AŻ.